niedziela, 30 października 2016

40. ZACOFANY W TERAŹNIEJSZOŚCI


Nieprzewidywalność świata potrafi zaskoczyć. 
Trzeba być, przy tym, bardzo zakręconym, by wyjść z domu, do oddalonego o kilka kroków kościoła, na godzinę 12.00 i być na mszy tylko ostatnie 5 minut. 
Jest to możliwe, oczywiście, przez przesuwanie wskazówek zegara o godzinę do przodu, przy zmianie czasu na letni.
Taka niepotrzebna (moim zdaniem), dwa razy w roku, zabawa z czasem, namieszała mi kiedyś w życiu.
Jesienny, niedzielny poranek.
Słońce schowane za chmurami, deszcz zaczyna padać, a ja pełen sił, po porannych obowiązkach, wyruszyłem na spotkanie z przyjaciółką.
Miałem czekać na nią przy nadmorskiej kawiarence. 
Schowany za kapturem kurtki wyczekiwałem jej nadejścia.
Było już 5 minut po umówionym czasie, ale znając kobiece spóźnienia, czekałem dalej cierpliwie. 
Zresztą nie mogłem zadzwonić do niej, bo wtedy jeszcze nie było ogólnodostępnych telefonów komórkowych. 
Mijały już 3 kwadranse, a ja nadal mokłem, wypatrując nadejścia oczekiwanej osoby.
Nieświadomy, że w nocy trzeba było cofnąć o godzinę wskazówki zegara, denerwowałem się niespodziewaną absencją.
10 minut przed rzeczywistym momentem randki opuściłem, zrezygnowany, miejsce porażki. 
Szybko sobie wmówiłem, że mnie wystawiła, że nie jestem dla niej na tyle ważny, by wszystko rzuciła i przyszła.
Jak zbity pies odszedłem inną trasą, nie dając sobie (niestety) szansy na spotkanie się wpół drogi.
Gdy wróciłem do domu, krzątałem się bezsensownie po mieszkaniu, szukając wytłumaczenia.
Myśl, że może coś się ważnego stało, wygrała z moim pesymizmem.
Postanowiłem pójść do jej domu.
Wciskając dzwonek u drzwi zastanawiałem się, co powiem.
Jakie było moje zdziwienie, kiedy w progu stanęła jej mama, mówiąc, że córka wyszła na spotkanie ze mną. 
Reszta zdarzeń była do przewidzenia - wyprostowanie sprawy, nowe kwiaty, proszenie o wyrozumiałość itp.
Na szczęście przeprosiny zostały przyjęte, a randka, choć w innym terminie, doszła do skutku.

piątek, 28 października 2016

39. POWRÓT NA STARE ŚMIECI



Są miejsca, do których wracamy z konieczności.
Czasem jest to gabinet dentystyczny, niekiedy szpital.
Akurat moim przekleństwem, stało się porzucone mieszkanie na wsi.
Przez ponad 30 lat było ono moim azylem, ostoją, na każde trudne chwile.
Z czasem, miałem coraz mniej powodów, by tam dalej żyć.
Pewnie już bym tam wcale nie jeździł, gdyby nie groby bliskich i moje pozostawione, drobne rzeczy i meble.
Sama moja obecność na wsi, powoduje nieuzasadnione wyobcowanie.
Nie czuję się już jej mieszkańcem i nie utożsamiam się z lokalną społecznością.
Co prawda, mam tam bardzo wielu znajomych, jednak to już są nie te same relacje, co kiedyś.
Nawet wywieszona klepsydra o śmierci znanej mi osoby, nie zrobiła na mnie większego znaczenia. Zdałem sobie tylko sprawę z tego, że pewne historie już się zakończyły i nie ma powrotu do beztroskich, dziecięcych lat.
Elewacja mojego domu od razu zdradzała sekrety wnętrza. 
Odpadający tynk, mokre plamy na murze, nie kryły niczego pozytywnego.
Mojemu wejściu do pomieszczeń towarzyszyła wszechobecna wilgoć.
Po zaglądnięciu do pokoju, zalewanego z powodu dziury w dachu, ukazał się moim oczom obraz nędzy i rozpaczy, od którego kiedyś uciekłem, by się odrodzić. 
Uświadomiłem sobie, w jakich warunkach musiałem mieszkać, gdy dosięgałem dna.
Zbyt dużo było tu niepotrzebnych łez, stresów i samotności.
Nie tęsknię za tym miejscem, choćby w myślach, choć nieraz, podczas roznoszenia listów po mieszkaniach w mieście, widzę podobne do mojego mieszkania, lokale w blokach.
Aż dziw bierze, jak można w wielopiętrowych, cywilizowanych obszarach życia, tak zapuścić, zawilgocić, aż do widocznego grzyba na ścianie, własne cztery kąty.
Wydaje się, że mieszkanie w mieście do czegoś zobowiązuje.
Patrząc na swoją przeszłość, mogę w części usprawiedliwić tych ludzi.
Sam wiem, ile kosztowała mnie samotność.
Duszą domu są jego mieszkańcy, a gdy dziadkowie już umarli, faktycznie, moje 75-metrowe lokum straciło tożsamość.
Remonty miały wszystko zmienić.
Nawet udało mi się osiągnąć, swego czasu, wizualną poprawę wystroju pomieszczeń, ale życiowe perturbacje całkowicie odmieniły sytuację.
"Tam dom twój, gdzie serce twoje", tylko że moje serce jest po życiowym zawale, i nie pozwolę, by jedna z przyczyn mojego załamania się, ponownie gnębiła mnie.
Żyję już w zupełnie innym miejscu, ciesząc się z tej sposobności.
A to miejsce, no cóż. Ostre cięcie jest nieuniknione. Nawet kosztem utraty jego własności.

wtorek, 25 października 2016

38. ŻYCIE JAK FILM


Irracjonalny świat przytłacza mnie od "2012" roku.
Niby w nim żyję, ale nie mogę zaznać spokoju, jak "Ptaszek na uwięzi".
Nieskończenie poukładane, jałowe dni, są jak "Klątwa".
Ten codzienny "Dzień świra", przeplata się z chwilowymi atrakcjami o mniejszym rozmiarze niż "Kac (w) Vegas".
Mój "Upadek" był chwilowy, więc cieszę się z każdego dnia, choć to ciągle "Gra o tron".
Jak "Gladiator" walczę o lepsze dni, grając czasem "Vabank".
Nie straszny mi "Gniew oceanu" uczuć, czy "Rój" problemów.
Niektórzy myślą, że ta moja "Zapowiedź" działań, to jedynie wyimaginowana "Teoria spisku", którą próbuję usprawiedliwiać swe plany.
Takim ludziom proponuję zobaczyć, jak wpatrywanie się w "Mikrokosmos" uspokaja, jak "Magnolia" zmienia wrażliwość człowieka.
 "Życie jest piękne" ! "Uwierz w ducha" optymizmu !
Trzeba określić swoich "7 życzeń" i spełniać je samemu "Bez litości".
Zrób to dziś, bo "Pojutrze" będzie za późno na to, albo zbyt kosztowne to będą "Manewry miłosne".
Poza tym "Wyścig szczurów" za bardzo absorbuje, a "Ziemia obiecana" nie będzie osiągalna "Za kilka dolarów więcej".
Nie licz na "Zezowate szczęście", czy "Przypadek", bo każde "Zdarzenie" to "Reakcja łańcuchowa".
Działaj skutecznie jak "Plotka" i nie poddawaj mych rad w "Wątpliwość".
Pamiętaj, że choćbyś był "Szybki jak błyskawica" i wygrał "Wyścig z czasem", to nie jest możliwe, by "Oszukać przeznaczenie".
Jeśli gdzieś to zapisano, to i tak będziesz usilnie "Ściągany" z piedestału.
Zawistne osoby są "Gotowe na wszystko", nawet na "Igraszki z diabłem", byle tylko zaszkodzić.
"Człowiek z żelaza" nie jest - ma swoje słabości, ale trzeba użyć swój "6 zmysł" i wyczuć, kiedy może nadejść "Turbulencja".
Niech Ci sprzyja los "W pogoni za szczęściem".
Powodzenia.

P.S. Wszystkie filmy polecam obejrzeć.

niedziela, 23 października 2016

37. DORADCY Z OGRANICZONĄ ODPOWIEDZIALNOŚCIĄ


Gdybym nie słuchał własnego przeczucia i sumienia, zapewne dużo trudniej byłoby mi w życiu. Czasami nie warto płynąć z prądem, tak jak śmieci.
Jeśli mnie nie stać na coś, to na siłę nie będę tego kupował, byle tylko żyć w podobnym stylu, jak inni.
Jeśli ktoś mówi mi nie przychylnie o drugiej osobie, staram się najpierw zweryfikować taki pogląd, niż wierzyć komuś na słowo.
To, że ktoś jest mało rozmowny, może być wynikiem tego, że nie toleruje właśnie oczerniającej ją osoby. Nic zatem dziwnego, że przez takich doradców, nie będzie dobrze postrzegana.
Wielu potrafi tylko negować, wytykać czyjeś błędy, ale na siebie nie potrafią spojrzeć krytycznym wzrokiem.
Najlepsze jest to, że gdy ich rady nie przynoszą zamierzonego efektu, nagle umywają od tego ręce.
Nie biorą, nawet w części, odpowiedzialności za zaistniałą sytuację.
Co gorsze, pójdą i obgadają nas za plecami, pomijając oczywiście swój doradczy udział w zdarzeniu.
Podporządkowywać sobie ludzi to oni potrafią, tak, jak głosić jedyną słuszną rację.
Musimy być świadomi, iż nie zawsze to, co mówią inni, będzie dobre dla nas.
Jak to się mówi: "Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia".
Znam pewną anegdotę w tym temacie.
Pewien podróżnik chciał przejechać swoim autem przez małą rzeczkę.
Nie był jednak pewien, czy nie jest zbyt głęboka.
Zauważył, że tuż obok, na ulicy, policjant kieruje ruchem. Podszedł zatem do niego i zapytał o możliwość przejazdu.
"Śmiało, tam jest płyciutko" - odpowiedział policjant.
Samochód wjechał w nurt rzeki, po czym od razu zaczął nabierać wody.
Refleks kierowcy uratował go od utonięcia. Wyskoczył z wody, wczołgał się na brzeg i z wściekłością w oczach skierował się, do funkcjonariusza, z pretensjami.
A ten, z rozbrajającą szczerością i zdziwieniem, odparł kierowcy: "Tu naprawdę jest płytko, bo kaczuszkom woda sięga jedynie po brzuszki".

czwartek, 20 października 2016

36. RENDEZ-VOUS AU BORD DE LA MER


Chcę poczuć dziś przypływ fali,
siedząc, czekając na Ciebie,
i patrząc, jak gdzieś w oddali,
statki dryfują po niebie.

Chcę się odprężyć przy Tobie,
rozmawiając o przyszłości.
Chcę sprawić, nie tylko sobie,
spotkaniem, wiele radości.

Krążące mewy nade mną
oznajmiają, że zbliżasz się.
Staje się rzeczą przyjemną
chwila, w której zobaczę Cię.

Z rozwianym włosem na wietrze
idziesz, z promiennym uśmiechem.
Już czuję Twoje powietrze
niesione nadmorskim echem.

Bukiet róż jest mym wyznaniem,
Twój pocałunek - wdzięcznością. 
Cieszę się, że tym spotkaniem
napełniamy się czułością.

Ulepszamy swoje życie,
zaczynając od początku.
A co wymarzone w skrycie,
dokładamy do porządku.

Odnalazłem sens istnienia
i znalazłem miejsce swoje
w hierarchii szczęśliwych ludzi,
dzieląc swe szczęście na dwoje.

 Łączymy się z żywiołami,
brzegiem morza spacerując.
I choć nie jesteśmy sami,
dziękuję Ci, ... Cię całując.

Ta zażyłość miała skutki,
jakże szybko ujawnione.
Oto sygnał mej pobudki
sprawił, że sny zakończone.

wtorek, 18 października 2016

35. AUTOSTOP


Trudno zliczyć, ile to razy wbiegałem zziajany na przystanek.
Łapiąc oddech, bezradnie obserwowałem odjeżdżający pociąg, autobus, czy tramwaj.
Dojazd z podmiejskiej miejscowości oddalonej 12 km od Kołobrzegu, potrafił sprawić wiele kłopotów, szczególnie w dni wolne od pracy, w okresie zimowym, lub gdy po prostu za długo zbierałem się do wyjścia.
Podziwiałem zawsze moje siostry - mistrzynie w wychodzeniu z domu, bo zawsze przychodziły na przystanek w ostatniej chwili, bez straty sekundy na czekanie, na przyjazd autobusu.
Póki chciałem jedynie dojechać w danej chwili do miasta, nie miało dla mnie większego znaczenia, czy wyjadę teraz, czy za 45 minut.
Gorzej, gdy wyjeżdżałem gdzieś w Polskę i miałem już bilet na dalekobieżny pociąg z Kołobrzegu.
Na szczęście ludzie często się zatrzymywali.
Z czasem jednak o okazję, było coraz trudniej - albo strach przed nieznajomym, albo złe doświadczenia. Tego nie byłem świadomy, póki sam nie kupiłem (kilka lat później) auta.
Łapałem się różnych sposobów, by przekonać jakiegoś miłosiernego kierowcę.
Najpewniejszym był zawsze wariant z koleżanką.
Ja chowałem się za przystankiem, a ona machała ręką na znak, że chce złapać tzw. okazję.
Gdy auto skręcało już do zatoki autobusowej, wtedy pojawiałem się, podziwiając nie jednokrotnie zawiedzioną minę kierowcy.
Oczywiście ten sposób był uzależniony od obecności płci pięknej, ale w czasach, gdy nie było prywatnych busów, wiele osób korzystało z jazdy autostopem.
Innym sposobem był elegancki strój, który jakby sam przemawiał, że spieszę się na ważne wydarzenie.
Pomijam już samoczynne zatrzymywania się aut podczas ekstremalnych warunkach pogodowych,  np. deszczu, gdy mimo opadów szedłem poboczem. Wówczas kierowcy byli bardzo zatroskani o moje zdrowie.
Ludzie, którzy mnie zabierali ze sobą, to byli najczęściej bardzo otwarci towarzysze podróży. Mimo różnicy wieku, zainteresowań, nigdy nie brakowało tematu do rozmów.
Mieszkając w mieście nie korzystam już z autostopu, jednak bardzo bym chciał jeszcze kiedyś skorzystać z tej formy podróży, lecz może na kilkugodzinnej trasie.
Moja najdłuższa trasa przejechana autostopem to tylko 43 km (odcinek Kołobrzeg - Koszalin), a przecież jest tyle tematów do przegadania.

niedziela, 16 października 2016

34. SZALONE NOCE


Sobotnia noc. Idziemy w miasto.
Światła aut rwą czarną przestrzeń nad nami.
Wataha macho-wilków na tropie nowych zdobyczy.
Czasy liceum i studenckie życie sprzyjały zawsze dobrej zabawie w weekendy.
Uliczne wyprawy pełne śmiechu, promili i beztroski lub wielogodzinne spotkania w klubach, dyskotekach.
Przy pomocy kilku godzin przetańczonych z dziewczyną na parkiecie, dążyło się do jednego celu - ukrytych spotkań we dwoje w jej pokoju, w akademiku.
Przemycanie mnie przez recepcję, jak w "Kogel-mogel", też miało swój urok.
To wszystko składało się na chwile, które zapamiętuje się na całe życie.
Najbardziej utkwił w mej pamięci, szalony czas poznawania nowych ludzi i wyjazdów do innych, większych miast, przy okazji zmiany kalendarza na nowy.
Sylwestrowe zabawy w gronie nowo poznanych ludzi, kończyły się porannym pasmem żartów i wspomnień minionej nocy.
Przypominanie sobie na drugi dzień, kto i jak się zachowywał, i co mówił, od razu wprowadzało wesoły nastrój.
Potem następował noworoczny spacer po zaspanym Szczecinie, Poznaniu czy Gdańsku.
Podobnie było w letni czas.
Wakacyjne, nocne eskapady z przyjaciółmi, by spędzić czas na dyskotece, a później na plaży, czasem aż do poranka.
Zajmowanie koszy plażowych, łączenie ich ze sobą tak, by nikt nie widział co w środku się dzieje.
Na koniec, odprowadzanie dziewczyn do domu, czy na kwaterę.
Ostatnie chwile na szaleństwo młodości to ważny czas w życiu każdego człowieka.
Refleksje po zerwanych związkach, i nauka życia, pozwoliły zrozumieć mi ten zakręcony świat.
Bezkarne skakanie z kwiatka na kwiatek kończy się z chwilą odnalezienia prawdziwej miłości lub, co gorsze, nie planowaną ciążą partnerki.
Ani jedno, ani drugie nie było mi dane, ale życie samo nauczyło mnie pokory.
To, co minęło, nie powróci, ale nie raz wywołuje uśmiech na mojej twarzy.

piątek, 14 października 2016

33. PIĄTECZEK, PIĄTUNIUNIO


Na szczęście jeszcze nie pracowałem, kiedy do pracy w biurze chodziło się w soboty.
Nie miałem też (wątpliwej) przyjemności pracować w pokoju pełnym papierosowego dymu, co kiedyś było normą.
Wraz z obecnością komputerów i urządzeń typu kserokopiarki, usprawniono techniczną pracę. To pozwoliło jednocześnie korzystać z dobrodziejstw internetu, także do celów prywatnych.
Wydaje się, zatem, że ostatnie lata są jakby korzystniejsze dla pracowników.
Nic mylnego.
Okazuje się, iż wiele osób wyczekuje nadal weekendu już w poniedziałek, i nie są to leserzy, a nieszczęśliwi, niejednokrotnie, ludzie.
Wyścig szczurów w korporacjach, faworyzowanie współpracownika przez przełożonego np. przy podziale obowiązków lub nagród, czy też po prostu międzyludzkie kłótnie, potrafią pracowników wyprowadzić nieraz z równowagi, sprowadzić motywację do parteru, a nawet wywołać wypalenie zawodowe.
Tak było w moim przypadku.
Jedna nie przemyślana (a może umyślna) decyzja przełożonego, doprowadziła do traumatycznych przeżyć, które ciągnęły się przez 9 lat w sądzie.
Usuwanie towaru nielegalnie handlującym, z terenu miejskiego, wywołało niespodziewaną reakcję tych ludzi.
Krzyki, szarpanina z ochroną, to był początek.
Potem zeznania na Policji i wieloletnie spotkania w sądzie, że niby ukradziono i zniszczono im towar.
Finał batalii sądowej był dla mnie korzystny i mogłem spać spokojnie, ale obecności w sądzie oraz wysłuchiwania werbalnych wyzwisk i kłamstw pod moim adresem, nie zapomnę nigdy.
Jeśli chodzi o samą pracę, to tamten czas pamiętam, jak przez mgłę.
Nie miałem żadnej motywacji do dalszych działań kontrolnych, do jakich zostałem przerzucony. Wyczekiwałem każdego piątku, jak wybawienia.
Na domiar złego, wówczas wpadłem w pętlę kredytową - po części z winy zaistniałej sytuacji z sądem. Nie umiałem wtedy racjonalnie myśleć o życiu.
Dopiero powrót do moich dotychczasowych obowiązków, stricte rachunkowych, przywrócił mi powoli siły do dalszej pracy.
Uważam, że każdy powinien robić to, na czym się zna najlepiej.
Szkoda tylko, że przełożeni nie potrafią tego dostrzec i uszanować.
Koleżeńskie, albo partyjne, układy zbyt często deprecjonują predyspozycje innych.
Niesprawiedliwość i ignorancja wobec ludzi, którzy nie zamierzają nigdy się przymilać szefostwu, to już smutna codzienność w pracy.
Niestety, głową muru się nie przebije i trzeba próbować z tą świadomością żyć.
Robić swoje, aż może ktoś, kiedyś, doceni naszą pracę.
Ale nic to.
Grunt, że znowu mamy piąteczek.

środa, 12 października 2016

32. JAKIM BYĆ ?


Miałem kilka możliwości szybszego wyjścia z długów.
Niektóre z nich były podejrzanie proste, jak kredyt prywatny na spłatę wszystkich zaległości.
Nauczony i przeczulony nie brałem takiej sposobności pod uwagę, gdyż wydawała się zbyt atrakcyjna.
Z czasem okazywało się, że jeśli ktoś najpierw chce od ciebie pieniądze, może to być, z dużym prawdopodobieństwem, jakieś szachrajstwo, a nawet działalność przestępcza.
Śledzenie medialnych doniesień na pewno obroniło mnie przez takimi praktykami.
Gdybym był inny, pewnie kusiły by mnie gry hazardowe za większe stawki.
Widziałem ludzi, którzy kupowali codziennie (!) całymi garściami losy lub kupony totolotka, na gonitwy koni i psów.
Na szczęście moja wiedza na temat rachunku prawdopodobieństwa nigdy nie obróciła się przeciwko mnie i nawet, gdy zacząłem mieć problemy z kredytami, potrafiłem odpowiedzialnie podejść do (odejść od) tego tematu.
Dopalacze i narkotyki to już w ogóle nie moja liga.
Współczuję wszystkim rodzinom, skazanych na cierpienia przez ich (jak wynika ze statystyk kryminalnych) synów, czy mężów, którzy są ukrywającymi się dilerami dopalaczy, narkotyków.
Ogólnie, trzeba nie mieć kręgosłupa moralnego, lub sumienia,  by okłamywać najbliższych, tylko po to, by poczuć zapach pieniędzy. Nawet największa desperacja w tym temacie, nie usprawiedliwia kłamstwa.
Mówi się, że jeśli chcesz mieć miękkie serce, musisz mieć twardą .... .
Ja bym jednak polemizował z takim stwierdzeniem.
Ktoś mi kiedyś pomógł, nie jeden raz w życiu. Potem ja mogłem odpłacić podobnie innym osobom.
Gdy byłem bliski załamaniu, po utracie płynności finansowej, znów ktoś wyciągnął do mnie obronną rękę.
Jestem zdania, że najważniejsze to być sobą.
Nie udawać, nie kręcić, bo skoro wiem, że potrafię być dobry dla innych, to kiedyś to dobro do mnie wróci.
Szacunek do ludzi, oczywiście zasługujących na to, tworzy niewidzialny łańcuch ludzkich serc.
Możesz nie grzeszyć urodą, mieć kompleksy, nie mieć pracy, stracić wiarę we własne siły, ale gdy ludzie będą w tobie wiedzieć dobro, z pewnością nie zostawią cię na pastwę losu.
Jedyne co nas ogranicza, by wyjść do ludzi, to uczucie wstydu.
Zapewniam każdego, że jeśli wiesz, że dana osoba może ci w czymś pomoc, a masz szczere intencje, zaufaj swojej intuicji.
Dobro zawsze zwycięży - i nie mam tu wcale na myśli odniesienia do religii.
Po prostu trzeba być czujnym, ale ufać ludzkiej dobroci.

poniedziałek, 10 października 2016

31. ŻYCIE NA 41 POZIOMIE



Dobrze jest przeanalizować strategię działania, bo mamy tylko jedno życie, wiadomo.
To inaczej niż w jakiejkolwiek grze, gdzie możemy popełniać błędy.
Zainteresowanie grami strategicznymi, takimi jak szachy, warcaby, sudoku, czy gry komputerowe, to nie tylko fajna zabawa, ale kształcenie umiejętności matematycznych, w tym logiki.
Na komputerach Atari, Commodore, IBM godzinami trwoniło się czas w dzieciństwie.
Absorbowały mnie głównie gry platformowe z bardzo dużą ilością poziomów trudności.
Z biegiem lat zmieniły się zarówno komputery, jak i moje podejście do gier.
Czas zabaw minął,  lecz umiejętności pozostały.
Gdy chodzi o codzienność, umiejętność przewidywania zdarzeń, refleks, przypisuję właśnie minionemu wiekowi.
Pamiętam,  gdy sam tworzyłem gry planszowe na dużych kartkach... i sam w nie grałem.
Kalkulowałem, jak ułożyć pola, by gra miała wiele nieprzewidywalnych możliwości poruszania się.
Podobnie było (i jest) w mym dorosłym życiu.
Analizowanie bieżących zdarzeń, podejmowanych kroków i decyzji życiowych, uwarunkowane jest głównie strategicznymi efektami.
Wszystkie "za" i "przeciw" należy dokłanie rozważyć.
Życie uczy pokory, a tych samych błędów już dwa razy się nie powtarza.
Raz wybrana zła droga, zostaje wymazana z mojej nawigacji w głowie.
Własne cele są priorytetem w działaniu,  dlatego uparcie, choć małymi krokami, dążę do ich osiągnięcia.
Nie wiem, na którym poziomie zakończy się moja wędrówka.
Nie wiem także, czy uda się wszystko zrealizować.
Najważniejsze w tym wszystkim jest chyba i tak to, by na końcu zobaczyć, że cała ta wyprawa miała sens.

sobota, 8 października 2016

30. PYRRUSOWE ZWYCIĘSTWO



Gdy opadł bitewny kurz, gdy nabrałem sił, wypoczęty po wakacjach, zasiadłem, by zweryfikować zadłużenie na swojej "czarnej liście".
Z 15 spraw, które miałem do załatwienia, pozostało mi 9.
Dodatkowo, jedną z nich i tak spłacałem bez postępowania egzekucyjnego (uzgodnione wpłaty na podstawie podpisanej ugody).
Radość była mieszana, gdy okazało się, że kwota całej zaległości znacznie wzrosła.
Jak to możliwe?
Wszczęcia egzekucji przy ostatnich już sprawach, odsetki ciągle rosnące oraz rozszerzenie jednej egzekucji o koszty zastępstwa procesowego, powiększyły zaległości o 15.000 zł.
Tym samym, z kwoty pierwotnej 120.000 zł, zrobiło się około 135.000 zł, pomimo spłacania zaległości już od 5 lat.
Chciałem widzieć pozytywne strony tej sytuacji, zatem pocieszałem się zmniejszoną (zdecydowanie) ilością wierzycieli.
Kurcząca się lista spraw wyglądała przecież miło dla oczu.
W sumie też lepiej mieć docelowo jednego wierzyciela ze 135.000 zł długu i jedną opłatą komorniczą,  niż kilkunastu, z tylu samymi opłatami.
Pomyślałem zresztą, że mając jednego, łatwiej mi będzie w przyszłości przejść na spłatę poza komornikiem (ugodą).
Do tego akurat, prowadziła jeszcze daleka droga.
Trzeba było dalej zakasać rękawy i dążyć do podniesienia poziomu swojego życia, bez oglądania się na innych.
To moje życie i nikt przecież za mnie go nie przeżyje.
Musiałem sam konsekwentnie próbować powstać z kolan, a że trwało to już dość długo... no cóż,  nie od razu Rzym zbudowano.

czwartek, 6 października 2016

29. WRESZCIE Z GÓRKI



Widoki na najbliższą przyszłość stały się wyraźniejsze.
W pewnym momencie zacząłem generować zyski z roznoszenia listów zimą i spłata najmniejszych zaległości rozpoczęła się z przytupem.
Zaczęły przychodzić od komornika nowe pisma, ale jakże miłe - umorzenia postępowań egzekucyjnych z powodu ściągnięcia całych zaległych kwot.
Dodatkowe środki z "trzynastki" zasiliły mój portfel, a pierwsze wiosenne dni przyniosły wiele słońca i ciepła. 
Nagle poczułem odprężenie, jakby część ciężaru zniknęła.
Zacząłem normalniej żyć, stać mnie było na zdrowe zakupy i kontrolować wydatki.
Koło fortuny odwróciło się na moją korzyść, choć wiedziałem, że to tylko taki korzystny, coroczny, czas.
"Trzynastka" zawsze pozwalała mi złapać wiatr w żagle na kilka miesięcy, by z końcem wakacji znów wrócić do ostrożnego wydatkowania pieniędzy, w powakacyjnych zakupach.
Każdego roku odczuwałem, że mam coraz dłuższy, taki sprzyjający mi czas.
Wiedziałem także, że nadejdzie kiedyś moment, gdy cały rok będę mógł cieszyć się jakimikolwiek wolnymi środkami.
Dążenie do takiej sytuacji, ponownie budziło mój optymizm.
Odpoczynek po wielomiesięcznej, wytężonej pracy, stawał się koniecznością.
Nie mogłem dopuścić do zmarnowania takiej okazji, bo to było ładowanie akumulatorów do dalszej pracy, której końca jeszcze nie było widać.

28. BEZPIECZNE SCHRONIENIE


Od dziecka musimy walczyć o coś - o lepsze zabawki w przedszkolu, lepsze koleżeństwo w szkole, lepszą "drugą połówkę" życiową, lepszą pracę, lepszy poziom życia itp.
Wszystko wydaje się być bardzo proste, gdy ma się wsparcie w rodzicach, którzy doradzą (namówią lub zabronią), pomogą finansowo, lub po prostu czasem przytulą bezinteresownie,  gdy masz gorszy dzień.
Są jednak sytuacje, gdy nie mamy tego szczęścia, by cieszyć się obecnością choćby jednego z nich.
Kierowani społeczną poprawnością, brniemy przez życie, z jego bezlitosnym prądem, wskazującym jedyną słuszną drogę.
Niestety dane mi było tego doznać.
Targany brakiem wsparcia uczuciowego, długo nie mogłem odnaleźć się w świecie.
Czasami chwytałem dni, jak tonący ostatnie oddechy powietrza - zbyt łapczywie, by poczuć się pewnie.
Z zazdrością patrzyłem na rówieśników, którzy dorastali otoczeni rodzicielską miłością, układali sobie życie.
Ja nie miałem do tego głowy, bo szukałem utraconego bezpowrotnie poczucia bezpieczeństwa z dzieciństwa, a raczej odpowiedzi,  jak żyć.
Zamknięty w sobie, kończyłem kolejne szczeble nauki, aż po studia magisterskie.
Żyłem niby normalnie, lecz nie umiałem nikogo pokochać, bo nigdy nie czułem się kochany.
Na dodatek kilka razy sparzyłem się na nieszczerym uczuciu od dziewczyn.
Swoje emocje zacząłem wylewać na papier,  pisząc pamiętniki.
Już nawet wyjście na piwo, z kolegą z liceum, kończyło się rozczulaniem nad sobą, gdy zbyt dużo wypiłem.
Czułem, że syndrom sieroty może mnie popchać kiedyś do depresji, lecz nie wiedziałem, jak wybrnąć z tej sytuacji.
Dopiero dojrzały wiek i podjęcie pracy sprawiły, że zacząłem żyć teraźniejszością i przyszłością.
Przestałem wracać do tego, co było.
Skupiłem się na codziennych sprawach, a z czasem (niestety) na kłopotach finansowych.
Jedyne, co pozostało we mnie z tamtych czasów, to poczucie osamotnienia.
Samotność stała się nieoczekiwanie moim azylem, poczuciem subiektywnego bezpieczeństwa w kontaktach międzyludzkich.
Łatwiej jest mi żyć samemu, niż jeszcze raz próbować zaufać komukolwiek.

wtorek, 4 października 2016

27. WIECZORNE MANEWRY


Jedną z nagród, jaką otrzymałem w szkole podstawowej, była gra strategiczna "Waterloo".
Dwóch graczy rozstawiało na planszy, imitującej pole bitwy, swoje pionki (żołnierzy), po czym następowała przemyślana rozgrywka.
Strategia działania dotyczy większości spraw. Nawet wyjście do sklepu jest czasem wyzwaniem - sprawdzenie, czy aby nie pada deszcz, czy można się "tak" pokazać na ulicy, czy nie będzie mi za zimno (za ciepło).
Co dopiero, gdy chcemy osiągnąć poważniejsze cele.
Od dawna mam w sobie gen analityczny i ducha-stratega. To ułatwiło mi trochę przygotowanie się do wojny o lepsze jutro:

1. Broń i amunicja.
Tak, jak przed bitwą, najpierw należy określić swój arsenał.
Musimy wiedzieć, czy mamy czym walczyć.
Jeśli nie dysponujemy dostateczną ilością środków finansowych, warto pozbyć się zbędnych rzeczy (sprzedać).
Inwestycja w siebie, czy też wydatki, które pomagają nam w późniejszym terminie wygenerować zyski (np. zakup laptopa do celów zarobkowych), to najlepsze, co można zrobić.

2. Działania w terenie.
Życie to nie poligon doświadczalny. To wojna - tu wszystko jest naprawdę.
Zasadniczą część naszego bytu stanowią walki różnego rodzaju.
Najważniejsze, by być czujnym, szukać okazji na udany atak i wyciągnąć jak największe zyski, oczywiście w granicach prawa i przyzwoitości.
Nudzisz się w deszczowy dzień przed telewizorem? Lepiej odwiedź kilka sklepów najbliżej ciebie i spisz ceny podstawowych produktów,  których używasz najczęściej w kuchni.
Przy ograniczonym budżecie liczy się każdy zysk, a jednocześnie pospacerujesz.

3. Niewybuchy.
Czasami nasze działania nie przynoszą efektów lub są one mniejsze od zamierzonych.
Nie ma co się zrażać. Skoro wiemy, na czym nam najbardziej zależy, musimy kroczyć dalej i próbować ponownie. Może innym sposobem.
To, że na chwilę wracamy do gorszych finansowo miesięcy nie znaczy, że wszystko stracone.
Póki mamy wciąż wiarę,  siły,  pomysły,  ciągle możemy obrócić losy tej wojny - kapitulacja nie wchodzi w grę.

poniedziałek, 3 października 2016

26. MARZENIA I PRAWDZIWE CELE


Nie rozpraszaj się zbyt wieloma marzeniami.
Skup się na realizacji tego, co najbardziej jest ci potrzebne w życiu.
Pozostałe pragnienia potraktuj jako dodatki, a nie priorytety, by nie obudzić się pewnego poranka z Iphone'em przy uchu i smartwatch'em na ręce, lecz bez zapewnionego dachu nad głową.
W obecnych czasach, trudno nie odnieść jednak wrażenia, że Maslow się pomylił.
Dla wielu ludzi, pierwszą potrzebą, jaką zaspokajają, nie jest ani jedzenie, ani inne potrzeby fizjologiczne, a potrzeba przeglądania internetu.
Pobudka i szybkie przejrzenie poczty mailowej, portali społecznościowych i innych stron.
Brak czasu na poranne ćwiczenia i porządne śniadanie.
Zamiast zadbać o zdrowie i kondycję fizyczną zatracamy się w wirtualnym świecie.
Gdy do tego dojdzie fakt, iż internet w konsekwencji jest ucieczką od problemów, cały zapał do wyjścia z trudności, staje się słomiany.
Trzeba umieć wyważyć czas na rzeczy konieczne do zrobienia, z tymi, które dają odrobinę relaksu.
Odróżnienie celów życiowych od materialnych marzeń wymaga chwili zastanowienia i weryfikacji.
Spisanie wszystkich celów i marzeń na kartce, z dokładnym planem działania, pozwala się zorientować, ile z nich mamy tak naprawdę szansę osiągnąć. 
Życie mamy jedno, także musimy brać też pod uwagę czas, potrzebny na realizację pragnień. 
Stracić całe życie na spłatę długów, bez żadnej radości po drodze, nie ma najmniejszego sensu.
Zasada "złotego środka" sprawdza się w takich sytuacjach rewelacyjnie.
Metodologia określania celów,  opisana w poradnikach, zawsze mnie irytowała.
Nigdy nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że teoria zawsze w pewnym momencie odbiegała od realiów.
Mimo, iż ujmuje się w całym tym procesie osiągania celów, element zmienności, dalsze analizowanie sytuacji na przyszłość, było wróżeniem z fusów.
Zawsze wolałem określać jedynie główny cel i podcele.
To wystarczało, by zostały uwzględnione wszystkie nieprzewidywalne sytuacje, bo przecież wiedząc,  czego tak naprawdę oczekujemy od siebie i życia, żadne większe zawirowania nie są w stanie nas odwieść od tego.
Małymi krokami jesteśmy w stanie więcej osiągnąć.
Nawet jeśli będziemy zmuszeni do wykonania kilku kroków wstecz, nie zniechęcimy się w takim stopniu, jakby to było, gdybyśmy musieli to zrobić korzystając z czyichś rad.
Wówczas irytacja jest zdecydowanie większa i do tego wyrzuty sumienia, w stylu: "Po co posłuchałem jej/jego, mogłem to zrobić po swojemu".

sobota, 1 października 2016

25. MIERZ SIŁY NA ZAMIARY


Ambitne cele, to podstawa samorealizacji. Dlatego warto określić konkretnie, czego się oczekuje od życia i co uczyni nas szczęśliwymi, spełnionymi.
Nie powinniśmy się bać, że to jest porywanie się z motyką na słońce.
Trzeba próbować tak zwiększać swe zaangażowanie (siły, możliwości), by zamierzenia były realne do wykonania.
Wyznaczanie celów nie jest trudną sprawą.
Każdy chciałby być piękny, młody lub/i bogaty.
Tylko, czy nie wpadniemy we własne sidła próżności?
Okazuje się, bowiem, że sam cel, bez wskazania drogi jego osiągnięcia i przede wszystkim zasadności, może być nieosiągalny już na starcie.
Ale kto zabroni nam marzyć?
Zresztą, czy od razu trzeba przepłacać, kupując wymarzoną rzecz?
Są tańsze odpowiedniki, nie zawsze gorsze, np. wody zapachowe.
By mieszkać "na swoim" nie muszę nabywać całego domu, skoro mógłbym kupić kawalerkę.
Z innej strony, kto może przewidzieć, czy dług o wysokości 80.000 zł spłacę, a o wysokości 100.000 zł już nie?
To tylko spekulacje, bo nawet jeśli dziś nie mamy szans na cokolwiek,  po jakimś czasie, w trakcie dążenia do celu, los może okazać się nam bardziej przychylny (nieoczekiwany spadek, wygrana itp.).
Wychodząc optymistycznie na przeciw marzeniom, nie tylko odnajdujemy sens istnienia.
Z każdym krokiem, zbliżającym nas do celu, odczuwamy przecież satysfakcję.
Dlatego, mimo braku określonych środków (głównie finansowych) do spełniania marzeń,  postanowiłem podjąć bitwę o lepsze życie.
Pragnąłem nie tylko rozwiązać swój największy problem, czyli finansowy, ale również odczuć "normalne" życie poprzez dokonywanie zakupów rzeczy bardziej luksusowych.
Ufałem oczywiście  swojemu optymizmowi, że będzie mi sprzyjało szczęście.
Miałem przecież coś bardziej wartościowszego od pieniędzy - wsparcie w rodzinie, u przyjaciół i ... własny rozum.

piątek, 30 września 2016

24. RECEPTA NA SZCZĘŚCIE


Oszczędzanie małych kwot było kolejnym bodźcem do skutecznego działania w walce o powrót do normalności.
Zresztą nie ja pierwszy odkryłem zależność pomiędzy posiadaniem środków większych od podstawowych potrzeb konsumpcyjnych, a realizacją innych celów (potrzeb wyższego rzędu).
Teoria Abrahama Maslowa o motywacji człowieka,  wskazuje właśnie na realizację potrzeb według kolejności: podstawowych (fizjologicznych), bezpieczeństwa, przynależności, uznania oraz samorealizacji, jako następujących po sobie, gdy każda poprzednia, zostaje zaspokojona.
Zaiste, najpierw musiałem zadbać o pieniądze na jedzenie, potem o dach nad głową, by myśleć o wyjściu z długów,  a potem realizować własne marzenia.
Teoria Maslowa, w moim przypadku, zadziałała.
Jeśli chcecie, sami sprawdźcie,  na jakim poziomie potrzeb jestem, skoro zacząłem pisać tego bloga.
Tzw. "Piramida Maslowa" dość jasno określa moje miejsce w hierarchii.
Nie byłoby jednak tego wszystkiego, gdyby nie OPTYMIZM.
Optymistyczne nastawienie, że się uda cokolwiek, daje dodatkowego kopniaka.
Myśl o tym, jaki będę szczęśliwy, gdy dostanę pełną wypłatę, bez potrącenia komorniczego, przyświecała mi od samego początku.
Sprawiała, że cel nie wydawał się aż tak odległy.
Warto pielęgnować taki stan szczęśliwości, w każdym aspekcie życia.
Bez optymizmu tracimy wiarę w cokolwiek. Jest nam źle, bo nikt nas wtedy nie rozumie.
Trzeba się przeciwstawiać takim stanom.
Jeśli myślisz, że nikogo nie obchodzisz, to mając w sobie optymizm, jesteś w stanie pomyśleć w taki sposób: "może i jestem nikim dla świata,  ale dla kogoś mogę być całym światem".

czwartek, 29 września 2016

23. NA STYK


Pamiętam,  jak dziś,  chwilę,  gdy 4 złote musiało mi wystarczyć na 3 kolejne dni, do wypłaty.
Gdyby nie zapasy w lodówce, byłoby ciężko przetrwać, bez zewnętrznej pomocy.
To nie wina złej gospodarności.
Jak się ma ograniczony budżet domowy, trudno utrzymać w ryzach rozchodzące się pieniądze.
Dodatkowe dochody nie zawsze są,  nie zawsze wystarczają.
Przez wiele miesięcy gnębiło mnie takie życie - zaciskanie pasa i wymyślanie czegokolwiek, by przetrwać ostatnie dni do wypłaty.
Pożyczka od rodziny i znajomych, branie w sklepie towary "na krechę", kupowanie taniej żywności o marnej jakości, zastawianie rzeczy w lombardzie, sprzedaż butelek po piwie, to pomysły, jakie przychodziły mi wtedy do głowy.
Potrzebna była przemyślana strategia na przyszłość, by wreszcie poradzić sobie z problemem ostatnich dni miesiąca.
Wygospodarowanie pewnej kwoty, jako strefy bezpieczeństwa, było naturalną reakcją, lecz trudną do zrealizowania. Ale nie niemożliwą.
Odłożenie gotówki na tzw. czarną godzinę, stanowiło dla mnie zabezpieczenie nie tylko na wszelkie chude miesiące, ale i inne nieprzewidziane wydatki.
Na początku oszczędności 10 zł miesięcznie nie porywały do wiwatu, jednak z czasem uzbierałem łącznie około 200 zł.
Z chwilą dysponowania dodatkowymi środkami, korzystałem z nich mniej lub bardziej intensywnie.
Nagłe wizyty u dentysty, kupno nowego obuwia, czy zakup (częściowo refundowany z pracy) nowych okularów na wszelki wypadek, gdy nie mogłem korzystać z soczewek kontaktowych, to tylko niektóre z tych nieprzewidzianych wydatków.
Na szczęście zawsze udawało mi się zachować kilka złotych na ostatni dzień przed wypłatą.
Jedno, co było ciekawe w całej sytuacji, to fakt, że dysponując bardzo małymi kwotami przed wypłatą, kupowałem głównie tanie warzywa: cebula, ziemniaki, marchew (podobno w Unii Europejskiej traktowana jako owoc) i polskie owoce (głównie jabłka).
Nie przetworzona, tania żywność była na tyle mało kaloryczna, że podświadomie szukałem taniej alternatywy do mięsa, by odczuć sytość...niestety zawsze trafiało na słodycze. 

wtorek, 27 września 2016

22. PORADNIK DLA PLAYBOYÓW BEZ K(L)ASY


Podam ci, mój przyjacielu,
przepis na względy kobiety.
Skorzystało z niego wielu,
bo to nie są jakieś bzdety.

Wyznacz sobie dzień na zmiany,
byś psychicznie był gotowy.
Musisz również być wyspany
oraz, oczywiście, zdrowy.

Wygrzej się na słońcu trochę,
użyj hantle zapomniane,
by wyglądać na twardziochę.
Miej paznokcie spiłowane.

Stań przed lustrem po kąpieli,
usuń pryszcze i ogol się.
Niech twe zęby będą w bieli,
by oddech nie przekreślił cię.

Nanieś żelu odrobinę,
żeby włosy były składne.
Rób do złej gry dobrą minę,
gdy nie rosną ci już żadne.

Sięgnij teraz po swe ciuchy.
Załóż tylko coś nowego.
Żadne dresy, wycieruchy,
bo zgubiły niejednego.

Z adidasów też zrezygnuj
- załóż eleganckie buty.
By błyszczały się, przypilnuj,
by żaden nie był rozpruty.

A na koniec najważniejsze
- rześki zapach niezwietrzały.
Wówczas wszystkie najfajniejsze
będą z tobą rozmawiały.

Czy przychodzi ci do głowy,
upić się przed zalotami?
Lepiej odpuść sobie łowy,
siedź przy piwie z kolegami.

Gdy rozmowę z nią rozpoczniesz,
gdzieś na boku, w dyskotece,
nie myśl,  że wtedy odpoczniesz.
Mylisz się, i to dalece.

Musisz dialog kontrolować,
być wesołym, lecz z umiarem,
swe gadulstwo przyhamować
i nie być dla niej ciężarem.

Wszystkie swoje ułomności
lepiej wyznaj jej zawczasu.
Może nie mieć przyjemności
tracić z tobą więcej czasu.

Mów szczerze, co z twą karierą
i co pragniesz w życiu robić.
Brak ambicji - z tą barierą
ciężko jakąś miłość zdobyć.

Szanuj, by cię pokochała.
Wspieraj ją zawsze i wszędzie.
Chcesz, by ci usługiwała?
Żoną ze Stepford nigdy nie będzie.

----------

Przemyśl, co tu napisane
i rozpocznij swe podchody.
Trwałe związki są pisane
tylko dla pokonujących schody.

21. GOTOWY DO PRACY


Pełen werwy, animuszu, wracam z nowymi siłami, by zmierzyć się ze swoimi problemami i spełniać swe marzenia.
Najważniejsze jest zacząć, bo początek zawsze sam w sobie motywuje. Dodaje odwagi, bo okazuje się, że można było bez problemu uczynić ten pierwszy krok.
Trzeba jednak na bieżąco analizować to, co się dzieje wokół, by to nie był falstart.
Są czasem rzeczy, które "wychodzą w praniu" i konsekwentnie należy je wyłapać i niwelować.
Jasność umysłu to podstawa.
Oczywiście dopalacze, narkotyki, nawet napoje typu "energy drink" to nie jest dobry sposób na racjonalne spoglądanie na swoje otoczenie, zatem stanowczo odradzam. Głównie ze względów zdrowotnych.
Odkąd wychodzę z długów, alkohol wysokoprocentowy dla mnie nie istnieje.
Ogólnie, trzeźwość umysłu potrzebna jest nie tylko do wychodzenia z długów, ale i w innych aspektach życia.
Zatem... do roboty !

niedziela, 18 września 2016

20. UCIECZKA DO RZECZYWISTOŚCI


Są takie chwile, gdy uciekamy w wirtualny świat.
Komórki, tablety, laptopy, monitory stacjonarnych komputerów, telewizory, towarzyszą nam wtedy w każdej godzinie życia, ale czasem chcemy (i powinniśmy) od nich odpocząć.
Wielogodzinne przebywanie przed komputerem, nie tylko w celach rozrywkowych, może prowadzić do tzw. suchości oka, zapalenia spojówek i innych podrażnień oczu.
Nie pominę faktu najbardziej chorobowego - brak ruchu to nadwaga, niewydolność trzustki, cukrzyca...itp.
Nie było moim celem kogokolwiek straszyć, ale człowiek to też zwierzę, dlatego ruch wpisany jest w jego DNA.
Spacery, biegi, siłownia, pielenie ogródka, sprzątanie mieszkania i inne formy aktywności fizycznej muszą mieć swoje miejsce w naszym grafiku dnia.

Niniejszym oświadczam, iż z powyższych powodów i innych, bardziej kuriozalnych (np. brak dostępu do internetu ) nastąpi przerwa techniczna do dnia 27 września 2016 r.

Nie płaczcie, wrócę ;-)

sobota, 17 września 2016

19. HISTORIA PEWNEJ ZNAJOMOŚCI


Mój przyjaciel.
Tylko on mnie rozumie.
Przytula się do mnie, a ja do niego. Razem chodzimy na spacery.
Cierpliwy, nierozłączny towarzysz - nie wyobrażam sobie życia bez niego.
Od 16 lat wsłuchany w moje słowa - coraz częściej radosne, czasem namiętne, ale bywają też pełne smutku i trosk.
Rzadko mi przerywa, dając dyskretnie znak, że jest padnięty.
Jestem mu to winny, za jego bezgraniczną wierność, by przybliżyć wam, jego wady i zalety, kim był, i jest obecnie...
...mój telefon ;-) :-) ;-) .

Na początku nabywałem telefony bez uprzedniej analizy. Cieszył sam fakt posiadania.
Z czasem, gdy weszły na rynek tzw. smartfony, szczegółowe porównania specyfikacji różnych modeli, stały się miłym obowiązkiem.
Dokładna lista posiadanych modeli prezentuje się następująco:

1. Ericsson R320s - mój pierwszy telefon (listopad 2001 r.). "Cegiełka", ale całkiem poręczna.
2. Nokia 6230 - cieszyła mnie w nim udana miniaturyzacja.
3. Nokia 6610i - jak wyżej; otrzymany w zamian za przedłużenie umowy abonamentowej.
4. Nokia 6020 - ulepszony model z kolorowym wyświetlaczem i dobrym odtwarzaczem mp3.
5. Siemens SL45i - elegancki, srebrny kolor z bursztynowym wyświetlaczem i z wyśmienitą jakością muzyki. Niestety system okazał się niestabilny po 2 latach użytkowania.
6. Siemens C60 - to była pomyłka. 
7. Nokia 6300 - powrót do klasycznej Nokii. To był dobry telefon, lecz bateria trochę zbyt mało pojemna. Fajna opcja wyskakiwania maili bezpośrednio na wyświetlaczu
8. Nokia 2700 - kolejny dobry prosty fiński telefon, z dobrej jakości wyświetlaczem (2 cale) i mocniejszą baterią, ciekawą funkcją wybierania głosowego rozmów.
9. Samsung Avilla (S 5230) - mój pierwszy telefon dotykowy. Przejście na 3 cale zrobiło wrażenie, choć bateria to słaby punkt.
10. Samsung Ch@t (B 3410w) - był dobry do pisania dłuższych wiadomości, dzięki rozsuwanej klawiaturze QWERTY.
11. Nokia 5800 - mój pierwszy prawdziwie użyteczny smartfon. Bardzo dobra bateria, lecz system operacyjny (Symbian) nie był stabilny w późniejszym użytkowaniu. Wciągająca na wiele minut gra "Bounce touch".
12. Sagem My500x - bardzo tani telefon, na złe czasy.
13. LG GB102 - tak, to były kiepskie miesiące życia, ale musiałem mieć kontakt ze światem, skoro telefon stacjonarny był już odłączony.
14. Nokia 5230 - trochę uboższa wersja Nokii 5800, ale równie udana. Dobry powrót do normalności, bardzo dobra bateria i ta gierka "Bounce touch".
15. Samsung Omnia II (i 8000) - pierwszy smartfon od Samsunga, na jaki się zdecydowałem. Elegancki wygląd, ale system Windows nie zdał tu jednak egzaminu.
16. Samsung Galaxy Apollo (i 5800) - wreszcie telefon z Androidem - okazał się najlepszym dla mnie systemem operacyjny w telefonie.
17. Samsung Galaxy S (i 9000) - ideał 4-calowy. Do dziś za nim tęsknię.
18. Samsung SGH-D880 - darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Na uboższe miesiące.
19. Nokia 500 - ostatnia szansa dla fińskiej firmy, nieudana. System Symbian na smartfonach odchodzi do lamusa.
20. Samsung Galaxy Ace2 (i 8160) - nieznacznie mniejszy (3,8 cala) brat Galaxy S, obecnie w posiadaniu.
21. Nokia C1-00 - Nokia ma żywotne jedynie klasyczne telefony; to drugi, obecny telefon (na wszelki wypadek), darowanemu koniowi... .
22. Czas pokaże wkrótce.

Rozważny zakup, wcale nie musi oznaczać, że złapaliśmy dobrą okazję.
Trzeba jeszcze przed zakupem, upewnić się, czy aby nie kupujemy plastikowej zabawki.
Na szczęście jest internet, a w nim testy, recenzje i opinie internautów. Warto z nich korzystać, by nie przeoczyć jakiejś istotnej wady.
Udanych zakupów,... a jeśli chodzi o psa, to też miałem. ;-)
Ot, taki żarcik.

piątek, 16 września 2016

18. ZŁAPAĆ OKAZJĘ


Istnym poligonem jest, dla wielu, szukanie idealnego telefonu komórkowego. 
Z góry założone kryteria przegrywają najczęściej w konfrontacji z ceną, lub faktycznym wyposażeniem telefonu, gdy przyglądamy się jemu bliżej. 
Pod ostrzałem nachalnej reklamy kupujemy telefon, wiążąc się abonamentem, a po roku stwierdzamy, że ktoś nas wsadził na minę. 
Z rozrzewnieniem wspominam czasy prostych w obsłudze telefonów Nokii.
Smartfonowy wysyp modeli Samsunga z systemem Android spowodował nie małe zamieszanie.
W gąszczu ofert operatorów telefonii komórkowej, jak i sklepach branżowych, trudno znaleźć odpowiedni sprzęt dla siebie.
Dodatkowo,  wzrost wielkości wyświetlaczy w komórkach przyprawia o ból głowy.
Czasy 3-calowych konstrukcji poszły dawno w zapomnienie. Już nawet 4-calowe smartfony wydają się być zbyt ograniczone w możliwości multimedialne.
Obecnie dominują telefony z ekranem 5 cali i większe,  które nie tylko wyglądają podczas rozmowy, jak dachówka przy uchu, ale ich ciężar i gabaryty nijak się mają do letnich ubrań.
Dla mnie optymalna wielkość ekranu to 4-4,3 cala.
Może to się wyda wam niemożliwe, ale niektóre posty na blogu zostały stworzone przez Samsunga Galaxy Ace2, czyli z ekranem 3,8 cala.
Oczywiście to tylko awaryjne rozwiązanie, mało komfortowe, bo mam tablet (7 cali),... ale można to zrobić.
Nigdy nie polubię telefonów z bateriami, których nie można wymienić.
Gdy skazuję siebie na zakup używanego telefonu, od razu wymieniam baterię na nową.
Nie zrozumiem nigdy po co są przyciski funkcyjne na ekranie, zamiast na dole, pod ekranem.
Nie dość, że zmniejszają powierzchnię roboczą na wyświetlaczu, to w chwili utraty sprawności dotyku lub zawieszenia się systemu, trudniej zareagować.
Nieporozumieniem jest też brak możliwości wkładania do telefonu karty pamięci, gdy często chcemy korzystać z przenoszenia całych plików z komputera do telefonu.
Kwestię aparatu fotograficznego opiszę krótko - wszystko od 5 Mpix będzie akceptowalne w codziennym użytkowaniu.
Gdy wiemy, jakie cechy powinien posiadać telefon, znamy orientacyjną specyfikację, to można wyszukać swój idealny smartfon przez wyszukiwarki telefonów na różnych stronach internetowych.
Mój ideał na dziś, to Samsung Galaxy S5 mini, a wasz?

czwartek, 15 września 2016

17. JA TU NIE PASUJĘ


Nie zawsze wszystko układa się po naszej myśli.
Wiele sytuacji sprawia, że czujemy się odrzuceni. Nikt nas nie rozumie, nie mamy wsparcia w swoim otoczeniu, bo nasze zdanie i pogląd na życie, odbiega od ogólnie przyjętego światopoglądu.
Rozróżnienie na "białe lub czarne" nie określa zazwyczaj wszystkich możliwości.
Oczekując innych opcji, wyśrodkowania, nie powinniśmy uginać się pod presją innych.
Przykład głosowania na partie polityczne jest często wyborem mniejszego zła.
Nigdy nie wiadomo, tak do końca, co kryje się za pustymi hasłami i czym może nas zaskoczyć zwycięzca. Nie wszyscy, bowiem, dotrzymują słowa danego w kampanii wyborczej.
To i tak dobrze, że gdy nie odpowiada nam żadna opcja, lub ludzie, możemy nie iść bezkarnie na wybory - np. w Bułgarii, w marcu 2016 r., wprowadzono obowiązek wyborczy, jednocześnie nakładając kary za nie wypełnienie tego nakazu.
Wychowany w duchu katolickim, mam swój pogląd na sprawy wiary. Nigdy, jednak, nikomu nie zamierzam wciskać na siłę,  by wierzył w Boga,  lub nie.
Uważam,  że są chwile, gdzie zarówno deską ratunkową może okazać się wizyta w kościele, jak i inne zdarzenie, nie związane z religią.
Wszystko zależy od osobowości człowieka.
Radykalne zmuszanie do wiary (wyprawy krzyżowe czy ataki terrorystów związane z islamizacją) jest tak samo złe,  jak głoszenie poglądów ateistycznych.
Każdy ma prawo wierzyć w to, co chce i kogo chce, byle nie krzywdził innych.
Najgorzej jest niestety wówczas,  gdy to najbliżsi próbują układać nam życie.
Nikt za nas nie może decydować. Błądzenie jest wpisane każdemu w życiorys - czy to sprawy finansowe,  uczuciowe itp.
Zmuszanie do czegokolwiek, wbrew woli drugiej osoby, nie prowadzi zbyt często do pozytywnego zakończenia spraw.
Musimy nieraz dostać po tyłku, od losu, by zrozumieć sens swoich decyzji.
Sobie szybko wybaczamy pomyłki, innym niekoniecznie.

poniedziałek, 12 września 2016

16. "E" TAM JAKOŚĆ, LICZY SIĘ ZYSK


Z ograniczoną kwotą pieniędzy do dyspozycji nie ma możliwości, by wybrzydzać w kwestii wyżywienia. Skupianie się na tańszych odpowiednikach produktów, nie jest jednak rozsądnym rozwiązaniem.
Szybki przegląd sklepowych półek pozwala odróżnić ser od wyrobów seropodobnych; masło od mixu tłuszczowego; mięso i wędliny pełnowartościowe od przetworzonego wyrobu naszprycowanego wodą i ulepszaczami.
Dokładnie analizując etykiety "podrabianych" towarów, z łatwością odnajdujemy oznaczenia typu: E 330, E 476 itp.
Akurat takiego typu oznaczenia są mi dobrze znane, bo o klasyfikacji dodatków do żywności uczyłem się już na studiach, na Ekonomice Ochrony Środowiska (EOŚ).
Wówczas był to dla mnie zwykły przedmiot na tzw. "3 Z" (zakucie, zaliczenie i zapicie).
Dopiero z czasem człowiek zaczyna być bardziej świadomy tego, co robi i je.
Każdy sam musi wyrobić sobie zdanie na temat szkodliwości niektórych produktów przetworzonych. Chciałbym, mimo to, zapoznać wszystkich czytających z podstawowymi informacjami, dotyczącymi ulepszaczy - "E"...tam jest
Są takie artykuły spożywcze, które nie mają w swoim składzie żadnych symboli "E".
Niech to nikogo nie zmyli, bowiem pod nazwami także są one skrzętnie ukryte.
Na przykład aspartam to E 951, kwas cytrynowy to E 330 itd.
Czy instytucje nadzorujące rynek spożywczy nie mogą wprowadzić bardziej restrykcyjnych przepisów? Przecież tu chodzi o nasze zdrowie.
Bomby rakotwórcze z opóźnionym zapłonem,  jakimi są najczęściej ulepszacze, stanowią większość dodatków w produktach.
Owszem, rachunek ekonomiczny narzuca pewne uproszczenia i oszczędności w procesie produkcji, ale indolencja niektórych instytucji woła o pomstę do nieba.
To, że ktoś napisze na towarze, że występują dodatki "E", umywa (po części) ręce od odpowiedzialności.
Papierosy też posiadają niezdrowe substancje i muszą być o tym umieszczone wyraźne informacje na opakowaniu - może producenci powinni to robić i na produktach spożywczych z substancjami rakotwórczymi, skoro udowodniono już ich działania uboczne.
Nikt zresztą nie spamięta, który z 1500 dodatków, oznaczonych jako "E", jest szkodliwy.
W świecie e-maili, e-booków, e-papierosów nie potrzebujemy E-żywności, bo ona nie ma nic wspólnego z wirtualną rzeczywistością...
... chyba, że potraktujemy takie pseudo-mięso, jako produkt wprost z "Matrixa" - smaczne i zdrowe, jedynie przebywając w cyberświecie.

sobota, 10 września 2016

15. DIETA CUD: KREDYTY


Braki w portfelu mogą niekorzystnie wpłynąć na posiadane kilogramy.
Gdy depresja opanowała mój umysł, nie miałem sił na aktywność fizyczną.
Niestety taki stan ducha sprzyjał ucieczce w niezdrowe jedzenie i przekąski.
Dopóki nie wziąłem się w garść, drożdżówki i czekolada potrafiły zastąpić mi ciepłe posiłki.
Zamiast wydać pieniądze na porządne zakupy i poświęcić trochę czasu na sporządzenie jakiejkolwiek potrawy, szybszym sposobem było dla mnie zabicie głodu pustymi kaloriami.
Dopiero zrozumienie, że to, co jem, ma bezspośredni wpływ na moje samopoczucie i przede wszystkim zdrowie, pozwoliło mi zająć się tym tematem na poważnie.
Wolałem mniej zjeść, lecz zdrowiej, niż delektować się słodkościami.
Zamiast wydać 1,80 zł na drożdżówkę z zapychającym serem, sięgałem po kostkę twarogu za 2,30 zł. Zrezygnowałem z sosów, tłustych potraw, na korzyść postnych, gotowanych warzyw.
Dodatkowo, gdy roznosiłem po godzinach pracy przesyłki listowe, nie miałem czasu na posiłek obiadowy.
Powrót do domu, pod wieczór, skutkował brakiem zainteresowania jedzeniem, bo zmęczenie wygrywało z głodem. Jedynie uzupełnienie płynów wydawało się obowiązkiem.
W 8 miesiący takiego trybu życia, schudłem około 20 kg.
Niby fajnie wyszło, ale nie mogłem na siebie patrzeć, bo ze 106-kilogramowego miśka, o równie zwierzęcej sile, zrobił się ze mnie 85-kilogramowy wilczek bez mocy.
Drastyczna dieta kredytowa przyczyniła się też do zmniejszenia ciepłoty ciała.
Cały czas czułem chłód i musiałem się grubiej ubierać niż dotychczas.
Wszystkie swetry, spodnie i koszule wylądowały w najgłębszej części szafy, bo z rozmiaru XL musiałem przestawić się na rozmiar M, ewentualnie na L.
Oczywiście, wyniknęły z całej sytuacji pozytywne rzeczy.
Zmniejszenie wagi, to lepsze zdrowie, lepsza wydolność oddechowa i zwiększenie koordynacji ruchowej.
Skończyły się nocne bezdechy i ciśnienie krwi wróciło do normy.
Jednak problem z odkręcaniem słoików koleżankom z pracy, tłumaczenie się, że utrata wagi to nie ukryta choroba, ogólne poczucie słabości, spowodowały, że postanowiłem trochę zainwestować w tężyznę fizyczną.
Czekałem na taką możliwość z niecierpliwością.
Dopiero coroczny wzrost kwoty wolnej od zajęcia komorniczego i "trzynastka" (choć tylko jej połowa) pomogły mi powiększyć cotygodniową zasobność lodówki.

czwartek, 8 września 2016

14. NIGDY SIĘ NIE PODDAWAJ


Osiąganie celu jest długim procesem.
Zawsze można pójść na łatwiznę i poddać się, jednak nie po to angażowałem swój czas i emocje, by zatrzymać się w połowie drogi.
Trzeba było trzeźwo spojrzeć na sytuację, a jednocześnie reagować na każde odstępstwo od przyjętych reguł prawnych.
Tak się złożyło, że jedna z windykacyjnych firm, po wyegzekwowaniu ode mnie, za pośrednictwem komornika, zaległości pochodzącej za niezapłacone faktury za stacjonarny telefon z internetem, ponownie to chciała zrobić.
Przyszło zajęcie komornicze do zakładu pracy, o czym zostałem powiadomiony dopiero z Biura Kadr - oczywiście ja nie dostawałem wcześniej żadnych monitów z tego tytułu.
Wiedziałem, że miałem dług i go spłaciłem.
Żądanie ode mnie kolejnych pieniędzy, było ewidentnym nadużywaniem możliwości prawnych, a kwota sporna wynosiła aż 5.000 zł.
Wielki gracz na rynku nie zawsze ma rację, a często wykorzystuje nieświadomość zdołowanych dłużników.
Po co było egzekwowanie tylko części zaległości, a dopiero po spłacie jej, pozostałej kwoty?
Gdybym nie był "po przejściach", zapewne od razu dzwoniłbym to wyjaśnić.
Szybkie wyszukanie informacji w internecie i okazało się, że ten rodzaj zaległości (za opłatę telekomunikacyjną) uległ dawno przedawnieniu.
Pomny rad, o których czytałem przed podjęciem działań naprawczych, poszukałem więcej informacji na temat przedawnionych długów.
W meandrach przepisów prawnych odnalazłem sposób na wykaraskanie się z tej sytuacji.
Musiałem zaskarżyć postanowienie o wszęciu egzekucji (aby komornik odstąpił od egzekucji), przywrócić termin do złożenia odwołania od nakazu zapłaty (bo nie miałem okazji złożyć odwołania - nie otrzymałem przecież samego nakazu) i złożyć odwołanie podając argumenty przeciw - w moim przypadku był to zarzut przedawnienia (zasadnicze pismo).
Mozolnie, krok po kroku, wypełniałem druki i tworzyłem pisma do e-sądu, komornika i wierzyciela.
Na szczęście mój komornik, który postanowieniem sądu był wyznaczony do prowadzenie wszystkich egzekucji, od razu zawiesił postępowanie do czasu ogłoszenia wyroku sądu w mojej sprawie.
E-sąd uznał moje racje i przekazał sprawę do sądu w Kołobrzegu (właściwość miejscowa).
Z niecierpliwością czekałem na dalszy rozwój sytuacji, choć i tak byłem szczęśliwy, że podołałem procedurze postępowania sądowego bez niczyjej pomocy.
Po 3 miesiącach z kołobrzeskiego sądu przyszło pismo wzywające wierzyciela do uzupełnienia wniosku w ciągu 2 tygodni. Firma musiała przedstawić dowody na to, że zaległość nie uległa przedawnieniu... i nie zrobiła tego.
Po kolejnym miesiącu sąd zakończył sprawę, a ja miałem immunitet w ręku na tę zaległość.
Radość była wielka, a duma zmotywowała mnie do wychodzenia z długów jeszcze bardziej.

środa, 7 września 2016

13. ZACHŁANNOŚĆ



Byle mieć więcej, byle załatwić jakąś sprawę szybciej, po trupach... byle do celu.
Zachłanność ludzka nie zna granic. Pogoń za pieniądzem staje się dla niektórych obsesją posiadania.
Wiele razy spotkałem osoby nadmiernie czerpiące korzyści z życia, kosztem słabszych.
Dla "paru groszy" niszczyli swoją reputację, budząc niesmak u innych.
Między innymi dlatego nie chciałem nigdy pracować w korporacji. Wyścig szczurów to nie moje klimaty.
Niestety, nawet w małych zakładach pracy odczuwa się zazdrość, hipokryzję, podlizywanie się do granic możliwości, aby tylko liczyć się przy nagrodzie, awansie, lub jedynie poczuć się ważną.
Gdy roznosiłem pocztę kurierską, również zauważyłem wiele dziwnych zachowań innych kurierów, którzy w bezczelny sposób zwiększali sobie możliwość zarobienia na roznoszeniu listów, w bardziej korzystnych miejscach miasta - np. zamiast dzielnic z domkami, wybierali ulice z samymi blokami mieszkalnymi.
Bywając z konieczności na poczcie, wysyłając polecone listy do moich wierzycieli kredytowych, także obserwowałem dziwny zwyczaj.
Automat wydający numerki do kolejki oczekujących, miał kilka opcji do wyboru, w zależności od rodzaju usługi (np. wysyłka paczki to A001, a listów B001).
Praktycznie zawsze ludzie wybierali wszystkie możliwe literki, w nadziei na szybszą obsługę, bo przecież czas to pieniądz.
Takie zachowanie oznaczało jednak utratę czasu przez innych,  którzy musieli wyczekiwać, aż wszystkie "puste" numery przeminą na wyświetlaczu wzywającym do okienka.
Darmowe, promocyjne poczęstunki i rozdawanie gadżetów, to kolejny pokaz prymitywnych zachowań ludzkich.
Jak co roku, w nadmorskich miejscowościach odbywało się wiele wakacyjnych degustacji i rozdawania próbek kosmetyków, książek itp.
Określenie: "przeszedł tajfun", było adekwatne do sytuacji. Zamiast symbolicznej konsumpcji, widziałem regularne krzyki i przepychanki po jedzenie, a materiały promocyjne,  zabierane były garściami przez te same osoby.
Czy w dążeniu do realizacji marzeń, naprawdę trzeba się spodlić? Czy nie lepiej realizować własne plany z podniesioną głową?
Szacunek do ludzi jest najważniejszym czynnikiem w relacjach z nimi.
Nie warto być zachłannym, bo w trudnych chwilach, to właśnie szacunek i sympatia do nas, uratuje każdego z opresji.

(Post powstał za namową Edyty).

12. UŚMIECH LOSU


Są takie szczególne dni, na które czekam z utęsknieniem. Są też chwile, które chciałbym pamiętać do końca życia. Nie ma ich zbyt wiele, ale choć jedna z nich, powtarza się co roku.
Nie ważne, jak bardzo byłoby mi źle, urodziny, to dla mnie wyjątkowy czas.
Magiczne godziny przynoszą zawsze radość z bycia kimś bliskim dla innych, a wszelkie marzenia wydają się być bardziej realne do spełnienia.
Jest to również czas kolejnej próby przeszacowania własnych celów i marzeń.
Podbudowany, zawsze staram się wyznaczać sobie nowe kierunki działań na przyszłość.
Jest to bardzo dobry moment na lepsze zmiany, rozpoczęcie trudnej drogi życia, nawet początek dbania o kondycję fizyczną.
Motywacja jest wówczas bliska maksymalnym wartościom, dlatego nikomu nie powinno przychodzić do głowy,  by spędzać ten dzień w samotności, w smutku, przed telewizorem.
Nie mniej jednak to niespodzianki z tego dnia, były od zawsze moim wsparciem.
To jak rzucenie przez los garści dobroci, z okazji święta.
Taki bonus w grze, zwanej życiem, gdy przechodzi się ponownie przez pole START.
Czasem jest to prezent od współpracowników, rodziny, czy przyjaciół. Czasem po prostu obecność, obok siebie, długo wyczekiwanej osoby. Za każdym razem poczucie własnej wartości, po takich podarunkach, potrafiło przebijać mury.
Każdy zdołowany człowiek może wtedy dostrzec, że choćby dla takich momentów warto żyć.
Na szczęście, to nie jedyne dni, jakie mogą przynieść radość, ale niewątpliwie najbardziej odpowiednie na odbudowanie własnego ego.

wtorek, 6 września 2016

11. LŻEJSZE ZADANIA JUŻ BYŁY


Przeskok ze zmniejszania wydatków do jednoczesnego zwiększania dochodów to dość syzyfowa praca.
Po pierwsze, najpierw trzeba znaleźć dodatkowe zarobkowanie, a po drugie, przetrwać czas wzmożonej pracy do pierwszych efektów finansowych, bez powiększania kosztów (szybki obiad na mieście itp.).
Nikt tego nie wie, ile będzie nas kosztował taki wysiłek, zarówno fizycznie, jak i psychicznie.
Bilans końcowy nie zawsze wychodzi na plus.
Wytężona praca kosztem braku odpoczynku. Potem przemęczenie ujawniające się od rana.
Gdyby doba trwała 25 godzin, i tak pewnie by nie wystarczyło czasu na relaks.
Trzykrotnie podejmowałem próbę zarobku:
1. Praca nocna przy układaniu towaru w markecie i przy inwentaryzacji towaru, okazała się kompletną klapą. Nie wyobrażałem sobie dalszej współpracy z firmą, która nie kwapiła się do należnej zapłaty. Ponadto notoryczny brak snu odbijał się negatywnie na mojej etatowej pracy.
2. Udzielanie korepetycji z matematyki również mi nie pasowało. Niby to zysk wprost do kieszeni (bez opodatkowywania się), jednak dość nieregularny, nie duży i nie pewny co do osoby  uczonej. Kwota za godzinę nauki też nie okazała, bo konkurencja nie śpi.
3. Roznoszenie listów, jako kurier od 16.00 do 20.00, to był strzał w dziesiątkę. Nie dość, że praca popołudniu, dużo chodzenia (akurat po pracy siedzącej fajna sprawa), bez zarywania nocy, sam regulowałem sposób i ilość doręczanych przesyłek, 3 zł za każdy doręczony list, całoroczna praca z największym natężeniem w okresie zimowym. Sporym minusem było to, że całe wynagrodzenie było przekazywane do komornika, ale chcąc szybciej uporać się z długami, musiałem się z tym pogodzić.
Z resztą,  gdy ujrzałem ile zarobiłem przez rok (około 7.000 zł), a z tego 3.000 zł tylko w miesiącu zimowym, nie mogłem mieć żadnych obiekcji.
Dzięki umowie zlecenie, spłaciłem szybko najmniejsze zaległości i zacząłem już obejmować,  swym dodatkowym źródłem pieniędzy,  coraz większe długi kredytowe.

poniedziałek, 5 września 2016

10. HUŚTAWKI NASTROJU


Im bardziej zaciskałem pasa, tym częściej nachodziły mnie dziwne stany osamotnienia.
Dołującą chwilą mogły okazać się, nie same dążenia do spłaty długu, a przejściowe problemy z gotówką.
Niejednokrotnie pustki w portfelu, na długo przed wypłatą, potrafiły uczynić ze mnie domowego mruka.
Pesymizm nie wynikał wprost z braku możliwości płatniczych, a z jakiejś bliżej nieokreślonej myśli, której nigdy nie umiałem zlokalizować.
Powodowała ona spadek ambicji, kanapową samotność i wzrost zapotrzebowania na kalorie (tylko te słodkie).
Nigdy nie byłem pewien, czy gdzieś za rogiem szafki nie przyczai się ponownie, by mnie dopaść w chwili zwątpienia.
Chociaż lubiłem swoje samotne życie, z czasem zrozumiałem,  że każdy człowiek powinien spędzać czas z innymi.
Samotność jest najgorszą chorobą, na jaką potrafimy siebie skazać z łatwością.
Jednocześnie, tylko my sami możemy sobie odpowiedzieć,  czy poirytowanie zachowaniem innych ludzi, przewyższa potrzebę kontaktów z nimi.
Mimo wszystko, trzeba dać sobie szansę,  by ktoś mógł nam pomóc. Czasem zwykłą rozmową,  częściej pomocną dłonią,  a zawsze - dając szansę wyrzucenia z siebie życiowych emocji.
Wiele razy przeglądałem książkę adresową w telefonie, by wyszukać osobę, z którą mógłbym w danej chwili porozmawiać.
Czasem odpuszczałem rozmowę, ale były chwile, gdy potrzebowałem tego bardzo. Nie zawsze wyjawiałem prawdziwy powód zainteresowania się daną osobą - czasem nie warto było. Liczył się skutek, czyli poprawa nastroju.
Wiedziałem, bowiem, że najgorszą rzeczą, jaką bym zrobił,  to pozwolić sobie na izolowanie się,  nawet w sytuacji,  gdy może to być mniej lub bardziej krępujące.
Na szczęście 8 godzin w pracy "zmuszało" do konwersacji.
Kilka wspólnych zdań i złe nastroje "rozchodziły się po kościach".

piątek, 2 września 2016

9. OGRANICZENIE WYDATKÓW



Oszczędzanie na jedzeniu to kiepski pomysł. 
Trzeba mieć siłę na tak daleką drogę, jak spłacanie długów. 
Nikt tu jednak nie mówi o kupowaniu artykułów spożywczych z górnej półki cenowej. 
Mój pierwotny limit ustaliłem na kwotę 10 zł dziennie, przy założeniu, że będę sobie robił sam obiady.
Dotychczasowe braki w regularnych posiłkach uzmysłowiły mi jednak, jaką krzywdę zrobiłem sobie, w zamian za parę złotych oszczędności, dlatego musiałem zwiększyć ten limit. 
Optymalną kwotą 20 zł na dzień, udało mi się zaspokoić nie tylko potrzeby żywieniowe, ale również, częściowo, odzieżowe.
Kwestię ubrań rozwiązałem głównie przez sklepy typu lumpeks.
Nie miałem wstydu tam chodzić, bo już jako licealista czasami tam zaglądałem.
Oczywiście trzeba było się nachodzić po kilku takich obiektach, by znaleźć coś interesującego na siebie.
Kupno nieużywanych zimowych butów za 45 zł, których cena przekraczała znacznie 100 zł w normalnych sklepach, potwierdziło tylko słuszność mojej decyzji. Kolejne zakupy były jeszcze tańsze. Udało mi się nawet kupić nową kurtkę zimową w ciekawym jasnobrązowym kolorze za jedyne 5 zł !
Poza jedzeniem, najwięcej pieniędzy przeznaczałem na wynajmowanie pokoju na mieście (400zł - 600zł plus koszty dojazdu autobusem miejskim do pracy).
Temat wynajmu też, zatem, musiałem jakoś rozwiązać ekonomicznie.
Szukając ofert wynajmu w internecie przypadkiem udało mi się znaleźć pokój za niewielkie pieniądze.
Niestety była to opcja zamieszkania poza okresem wakacyjnym, gdyż jedyny całoroczny pokój zajmowała inna osoba. Na 3 miesiące musiałem szukać dodatkowej stancji.
Cierpliwość się ostatecznie opłaciła i po 3 latach przeprowadzek mogłem już zająć wspomniany pokój.
Z innych wydatków, które przeanalizowałem, mogę wspomnieć o zaprzestaniu wizyt u fryzjera. Inwestycja w maszynkę do strzyżenia włosów i brody, za niecałe 100 zł, szybko się zwróciła.
Pomimo dość radykalnych cięć (zaprzestania wyjazdów w Polskę, wizyt w kinie, w pabach na pizzy, jedzenia obiadów na mieście), kwota, jaką dysponowałem, była nadal mniejsza od wymaganej, bym realnie zaczął spłacać długi.
Kolejnym wyzwaniem stało się znalezienie dodatkowych źródeł dochodu.